NIE NOŚ, BO SIĘ PRZYZWYCZAI

Jedną ze złotych rad, które słyszałam, kiedy zostałam mamą, było to słynne “nie noś, bo się przyzwyczai”. Tymczasem Ptyś zaliczała się do egzemplarzy nieodkładalnych: zasypiała tylko przy piersi albo bujana na rękach, a spacer w wózku mógłby dla niej nie istnieć. Alternatywą dla noszenia byłoby zostawianie jej, żeby się “wypłakała” (czyli płakała na tyle długo, żeby w końcu odczuć, że nie warto, ponieważ i tak nikt na ten płacz nie zareaguje). Czuliśmy, że to nie jest dla nas. I gdzieś tam w głębi siebie wiedzieliśmy, że dając jej bliskość, o którą nas prosi, budujemy w niej poczucie bezpieczeństwa i wiary w to, że jej potrzeby są ważne.

Co odpowiadaliśmy na złote rady? 

🌿 Noo… mam nadzieję, że się przyzwyczai.

🌿 Tak, zamierzam ją nosić do 18-tki!

A nade wszystko:

🌿 Nie przyzwyczai się – ona już jest przyzwyczajona.

Ta ostatnia kwestia jest dla mnie tutaj kluczowa. Nie wiem jak wy, ale ja jestem bardzo mocno przekonana, że dziecko, które spędziło 9 miesięcy w łonie matki, do bliskości i noszenia po prostu przywykło. Co więcej, ono nie zna niczego innego niż bliskość i noszenie właśnie. Dodatkowo rodzi się na tyle niedojrzałe, że jego przetrwanie jest praktycznie całkowicie  niezależne od niego samego.

W przeciwieństwie do innych ssaków, przychodząc na świat, nie stajemy jeszcze na własnych nogach – zrobimy to dopiero po kilku/kilkunastu miesiącach życia. Wszystkie istotne układy naszego organizmu (nerwowy, pokarmowy, odpornościowy, ruchowy itd.) potrzebują czasu, aby w pełni się ukształtować. Nasz mózg natomiast będzie się rozwijał jeszcze przez kilka pierwszych lat naszego życia. 

Dlaczego ewolucja zafundowała nam tak “nieidealne” rozwiązanie? Jest to swego rodzaju “koszt”, jaki ponosimy za rozwinięcie większego mózgu oraz przyjęcie wyprostowanej postawy (a w związku z nią możliwości poruszania się na dwóch nogach). To właśnie to ostatnie miało zasadniczy wpływ na zwężenie miednicy i kanału porodowego u kobiet, a tym samym niemożność urodzenia dziecka z w pełni rozwiniętym mózgiem, które byłoby tak samodzielne jak młode innych ssaków. Dlatego mówi się, że przychodzimy na świat jako “fizjologiczne wcześniaki”, a pierwsze trzy miesiące po narodzinach są nazywane tzw. IV trymestrem – przedłużeniem ciąży.

Zastanawialiście się kiedyś z jakiego powodu rodzice zaczęli wierzyć w to, że dziecko nie powinno być noszone?

Może wynika to właśnie z tego, że tak nam “radzą” (rodzina, znajomi, a nawet lekarze czy inni specjaliści)? A może wyczytaliśmy tak w poradnikach i boimy się, że faktycznie dziecko nam się “zepsuje”, jeżeli będziemy nosić je zbyt często? Pewnie wszystko po trochu. Dodatkowo, takie podejście do dziecka wypływa również z wytycznych, dotyczących jego pielęgnacji, które do lat 70-tych XX wieku bazowały na klasyfikacji ssaków na dwie zasadnicze grupy:

1. GNIAZDOWNIKI (np. myszy):

🐁 Po narodzinach są głuche, ślepe i bezbronne.

🐁 Rozwijają się w dużych miotach.

🐁 Ogrzewają się nawzajem (mają bardzo słabą termoregulację).

🐁 Odżywiają się pokarmem wysokoenergetycznym, który syci na długo (jedno karmienie wystarcza na kilka godzin, które spędzają bez matki w gnieździe).

ricky-kharawala-adK3Vu70DEQ-unsplash

2. ZAGNIAZDOWNIKI (np. krowy, konie):

🐄 Przychodzą na świat już dosyć samodzielne (stają na własnych nogach).

🐄 Rodzi się zwykle 1, max 2-3 młode.

🐄 Cały czas wołają mamę – potrzebują ciągłego dostępu do pokarmu, który jest mniej kaloryczny i na krócej syci.

🐄 Poczucie bezpieczeństwa daje im stały kontakt wzrokowy z matką.

bonnie-kittle-u3h94-naVHU-unsplash

Jak myślicie, do której z tych grup zaliczono nas, ludzi? 

Izolacja, oddzielne łóżeczko, karmienie co 3 godziny – takie zalecenia wynikały z faktu, że przez długi czas byliśmy w oczach biologów gniazdownikami.

Dopiero w latach 70-tych XX wieku (hmm w zasadzie to już szmat czasu temu!) niemiecki biolog i behawiorysta Bernhard Hassenstein zwątpił w adekwatność tej tezy i zmodyfikował klasyfikację młodych ssaków, wprowadzając do niej dodatkową grupę, czyli tzw.

3. NOSZENIAKI:

🦘 Nie potrafią się samodzielnie przemieszczać i są całkowicie zależne od matki. Jej nieobecność odczuwają jako zagrożenie życia.

🦘 Rodzą się z mocno niedojrzałym móżgiem i systemem nerwowym, który potrzebuje odpowiedniej stymulacji do rozwoju.

🦘 Mają dobrze wykształcony odruch chwytny we wszystkich kończynach (a to umożliwia im oplecenie i trzymanie się ciała matki).

🦘 Żywią się pokarmem mało kalorycznym, który musi być na bieżąco i często podawany.

🦘 Ich termoregulacja jest jeszcze niestabilna (ogrzewają się w kontakcie z ciałem matki).

🦘 Kontakt fizyczny z matką buduje w nich poczucie bezpieczeństwa.

austin-neill-y14kLWY0B3g-unsplash

Brzmi znajomo? Tak – to właśnie do tej ostatniej grupy Hassenstein zaklasyfikował nas, ludzi.  Dziecko nie ma wprawdzie możliwości złapania nas za sierść (którą w toku ewolucji utraciliśmy), ale wciąż jest noszeniakiem aktywnym (a nie jak np. torbacze – pasywnym). W okresie noworodkowym odruchowo podkurcza nóżki podczas podnoszenia. Posiada silny odruch chwytny – zarówno w górnych, jak i w dolnych kończynach. Posadzone na biodrze rodzica, oplata i dociska jego ciało swoimi nogami. Mówi się nawet, że charakterystyczne dla kobiet wgłębienie w talii wykształciło się właśnie po to, aby łatwiej było posadzić w tym miejscu dziecko.

Zarówno na przestrzeni dziejów, jak i społeczeństw czy kultur, podejście do dziecka i rodzicielstwa to setki, czasami skrajnie różnych od siebie, odcieni. Rodzice nosili swoje dzieci już tysiące lat temu. Mówi się, że dopiero wynalezienie wózka (w XIX wieku!) wpłynęło na to, że w naszym kręgu kulturowym zaczęto nosić je mniej. Z kolei w tradycyjnych społecznościach chusta do tej pory stanowi podstawę rodzicielskiej “wyprawki”.

Co konkretnie wynika ze zmodyfikowanej klasyfikacji Bernharda Hassensteina? Ano zupełnie inne podejście do potrzeb i do pielęgnacji dziecka. 

🌿 Zauważono, że noworodek potrzebuje nieustannej niemal bliskości i dotyku, który (jako najwcześniej rozwinięty u człowieka zmysł) jest stale stymulowany już w okresie życia płodowego (np. przez ściany łożyska i poruszające się wody płodowe).

🌿 Bliskość i dotyk wzmagają wydzielanie oksytocyny (zwanej hormonem miłości i przywiązania) – zarówno u matki, jak i u dziecka. A to z kolei sprzyja rozwijaniu więzi i wzmacnianiu poczucia bezpieczeństwa. Stymuluje również laktację.

🌿 Mleko kobiety, w porównaniu do mleka innych ssaków, określono jako mniej tłuste, lekkostrawne. Na tej podstawie zalecono karmić na żądanie (czyli tak często, jak potrzebuje tego dziecko i matka).

🌿 Noworodek dopiero adaptuje się do życia poza macicą, również w zakresie termoregulacji. A ta stabilizuje się najlepiej dzięki kontaktowi z ciepłotą ciała matki. Stąd zalecenie kontaktu STS (“skin to skin”, ang. “skóra do skóry”) i kangurowania malucha tuż po porodzie (na ile jest to możliwe).

🌿 Zrozumiano, że dziecko przychodzi na świat zupełnie bezbronne i całkowicie zależne od rodziców, a jego mózg będzie się rozwijał jeszcze przez kilka pierwszych lat jego życia. Niemowlę nie zdaje sobie sprawy z tego, że mama po wyjściu z pokoju wróci, a brak rodzica może interpretować jako śmiertelne zagrożenie (za rogiem czai się drapieżnik!). Płacz jest jego głównym narzędziem komunikacji.

Widzimy już, że bliskość i kontakt dotykowy z rodzicem ma szereg korzyści dla ogólnego, psycho-fizycznego rozwoju malucha. A jak w tym temacie odnajduje się…

NOSZENIE DZIECKA W CHUŚCIE?

🌿 Jest doskonałym narzędziem sensorycznej integracji. Sporo się teraz o tym mówi, ale czy wiemy co to właściwie oznacza? Integracja sensoryczna to zdolność adekwatnej organizacji doznań zmysłowych, które do nas napływają. Inaczej mówiąc: nasz mózg, doświadczając różnorakich bodźców, zapoznaje się z nimi, interpretuje je, porównuje do tych, których doświadczył wcześniej i dokonuje niejako ich kategoryzacji (wrzuca do odpowiednich “szufladek”). Proces ten rozpoczyna się już w życiu płodowym i trwa mniej więcej do 7. roku życia. Dzięki niemu możliwe stają się m.in.: reakcje odruchowe i reakcje dowolne (zależne od nas), ruchy precyzyjne, utrzymanie prostej postawy i równowagi, koordynacja i świadomość ciała, planowanie ruchów, rozwój mowy, zdolność pisania, czytania, panowania nad emocjami, koncentracji uwagi i wiele, wiele innych umiejętności, które składają się na nasze zdrowe funkcjonowanie. Ufff… sporo tego, prawda? Jednym z podstawowych założeń integracji sensorycznej jest odpowiednia stymulacja dziecka poprzez (nie za duży i nie za mały) dopływ bodźców zmysłowych. Noszenie w chuście odpowiada na tę potrzebę na wielu polach. Umożliwia stymulację zmysłów malucha (dotyk, węch, wzrok, słuch), a przy tym chroni przed nadmiernym dopływem bodźców z zewnątrz (chusta i ciało osoby noszącej są dla dziecka najlepszym schronieniem).

🌿 Częściowo “przypomina” warunki panujące w łonie matki. Dziecko jest ciasno owinięte, skulone, słyszy głos i bicie serca mamy, czuje jej zapach, ciepło i ruch (również falowanie przepony podczas oddychania), kołysze się podczas noszenia itp.

🌿 Prawidłowa pozycja zgięciowo-odwiedzeniowa dziecka w chuście wspiera rozwój układu mięśniowo-szkieletowego, aktywizuje mięśnie brzucha i wspomaga mineralizację kości miednicy (mineralizacja jest stymulowana przez docisk głowy kości udowej do panewki stawu biodrowego, co dzieje się podczas odpowiedniego ułożenia nóżek i miednicy).

🌿 Bliskość mamy i dziecka wzmaga wydzielanie oksytocyny (u obojga!), a to z kolei wzmacnia rozwijaną między nimi więź, buduje w dziecku poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza ryzyko rozwoju depresji poporodowej u mamy i stymuluje laktację. Jednocześnie daje rodzicowi większą swobodę, uwalniając jego ręce podczas noszenia.

Korzyści z noszenia dziecka w chuście jest naprawdę sporo i na pewno będę wam tu jeszcze o nich opowiadać. Chciałabym jednak na koniec podkreślić trzy istotne kwestie:

👉 Choć nie ma konkretnych wytycznych nt optymalnego czasu noszenia dziecka w chuście, należy pamiętać o zachowaniu umiaru. Po wyciągnięciu z chusty zapewniamy maluchowi możliwość pobycia na otwartej przestrzeni i stosunkowo twardym podłożu, od którego może się swobodnie i pewnie odpychać. Pamiętamy, że jest to istotne dla jego rozwoju.

👉 Nie każde dziecko będzie chciało być chustowane (zależy to od wielu czynników). Doradca chustonoszenia pomoże nam odkryć tego przyczynę (a może to czas koncentracji na ruchu, odpychaniu itp.?), podpowie jakie zmiany w pielęgnacji dziecka możemy wprowadzić albo zasugeruje konsultację ze specjalistą (fizjoterapeutą, ortopedą czy neurologiem), który zbada temat.

👉 Nie zawsze my będziemy mogli chustować nasze dziecko i nie każde wiązanie będzie idealne dla nas. Może mamy problemy z kręgosłupem albo musimy się zatroszczyć o mięśnie dna miednicy (jest to szczególnie istotne tuż po porodzie)? W takich sytuacjach korzystnie będzie poprosić o opinię lekarza, pod którego opieką się znajdujemy, a dopiero potem dobrać wiązanie, w którym my i nasze dziecko będziemy się czuli najlepiej. W tym ostatnim pomoże nam już doradca.

A wy jakie macie doświadczenia z noszeniem? Chustujecie, chustowaliście, a może przyglądacie się z zainteresowaniem, kiedy robi to ktoś inny?

Jeśli macie jakieś pytania albo wątpliwości, związane z tym tematem, dajcie mi znać! Postaram się na nie odpowiedzieć w kolejnym tekście.

Dodaj komentarz