HISTERIA, ZŁOŚĆ I FRUSTRACJA DZIECKA – SKĄD PRZYCHODZĄ I JAK POMÓC IM “ODEJŚĆ”?

Nasz dzień był pełen frustracji (w zasadzie każdy dzień jest ich pełen, ale dzisiaj to jakoś wyjątkowo…).

🙁Bo nie rozumiem o co jej chodzi.

🙁Bo chce założyć buty (a jak założyła, to już nie chce).

🙁Bo za wolno nakładam maliny na talerz.

🙁Bo chcę jej coś ubrać, zanim wyjdziemy na spacer.

🙁Bo placuszek za długo stygnie.

🙁Bo poszłyśmy na plac zabaw nieco inną drogą.

🙁Bo nie pozwalam jej zjeść surowego ziemniaka.

🙁Bo spodni nie da się włożyć przez głowę.

(…)

Przykładów można by mnożyć. I choć niektóre z tych powodów do rozpaczy mogą się wydawać absurdalne, każdy z nich jest ważny (gdyby nie był, nie wywołałby przecież takich emocji).

Chęć decydowania o sobie (kolor koszulki) czy doświadczania przyjemności wtedy, kiedy ma na to ochotę (plac zabaw, natychmiast!) są dla Ptysia na ten moment praktycznie całym światem – a niemożność spełnienia się w tym prowadzi do ogromnej frustracji.

Czy to oznacza, że zawsze biorę pod uwagę jej pragnienia? Tak. Jeśli sytuacja na to pozwala, zatrzymuję się nad nimi, poświęcam im swoją uwagę, sprawdzam czy możemy coś zrobić, żeby je zaspokoić.

A czy to oznacza, że zawsze je realizuję? No… nie, nie zawsze. Bywa przecież, że na arenę wchodzą kwestie bezpieczeństwa albo zdrowy rozsądek. Są też chwile, kiedy moje własne granice wołają do mnie: “o nie, przyhamuj, to nie jest ok”. A przecież ja w tej relacji też chcę być istotna. I chociaż uparcie powraca do mnie stary schemat pt. “odkładam swoje potrzeby na ostatnie miejsce”, to doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dbając o siebie pokazuję małemu człowiekowi, że… dbanie o siebie jest ważne. Tak proste i tak trudne zarazem. Prawda?

Inna sprawa jest taka, że jeśli dla mnie bluzka może być zielona, a w ulubione miejsce mogę pójść 10 minut później i nie wpadam z tego powodu w histerię, to nie oznacza to, że moje dziecko powinno na te sytuacje reagować tak samo. Nie oznacza to również, że jej reakcje są w jakiś sposób nieadekwatne. Po pierwsze jesteśmy po prostu oddzielnymi istotami, o różnych odczuciach i preferencjach. Po drugie Ptyś, jako dziecko, nie jest jeszcze w stanie samodzielnie się regulować, a tym bardziej kontrolować swoich reakcji.

Kiedy dziecko się złości lub rozpacza, możliwe, że lewopółkulowe procesy, takie jak przetwarzanie mowy, analiza i myślenie, są czasowo wyłączone z powodu całej tej adrenaliny pompowanej do krwi w stanie nadmiernego pobudzenia. A więc im bardziej przytłoczone jest dziecko, tym mniej zdolne do kontrolowania, oceny i modulowania własnych emocji. W pierwszej kolejności potrzebuje ono przywrócenia do stanu spokoju i to właśnie powinno stać się priorytetem rodzica (lub nauczyciela) – pomoc w uspokojeniu się, a nie wymuszanie na dziecku kontroli, oceny czy modulowania tego, co czuje. (Stuart Shanker, “Self-Reg”).

My, dorośli, także funkcjonujemy w mocno pierwotnym trybie reakcji na stres (walka, ucieczka albo “zamrożenie”).

Choć wyszliśmy z jaskiń wiele pokoleń temu, nasze mózgi wciąż są zaprojektowane do szybkiej reakcji na lwy, tygrysy i niedźwiedzie. (Lawrence J. Cohen, “Rodzicielstwo przez zabawę”).

Różnica polega na tym, że najczęściej jednak zdajemy sobie sprawę z tego, co się z nami dzieje. Dziecko natomiast nie ma z tym jeszcze kontaktu. Jest to spowodowane faktem, iż dorosły mózg jest po prostu fizycznie bardziej rozwinięty niż mózg małego dziecka, u którego większość struktur (ciało migdałowate, kora przedczołowa, zakręt obręczy czy hipokamp) dopiero się kształtuje, a w przyszłości odpowiadać będzie m.in. za:

🌿społeczną obserwację (skanowanie mowy ciała innych ludzi),

🌿wykrywanie sygnałów emocjonalnych,

🌿zauważanie i zapamiętywanie określonych doświadczeń,

🌿gromadzenie wspomnień,

🌿kreowanie swoich reakcji,

🌿rozpatrywanie alternatywnych opcji działania / postępowania.

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej na ten temat, polecam wam książkę Sue Gerhardt, “Znaczenie Miłości”. Samo zrozumienie, że “trudne” zachowania dziecka najczęściej wcale nie wynikają ze złośliwości czy “bycia niedobrym”, może być dla nas pomocne.

Ok, ale co zrobić, kiedy dziecko miota się po podłodze, sytuacja się przedłuża, a nas ogarnia coraz większa bezradność? Przyznam wam szczerze, że często po prostu NIE WIEM co zrobić.

IMG_20190702_173656

Kontakt z tymi przeżyciami bywa dla mnie kosmicznie trudny. Są chwile, kiedy błagam w myślach wszechświat, żeby mi pomógł (serio, takie “pomóż mi!” rzucone w kosmos oczyszcza mój umysł, a czasami nawet zmienia bieg wydarzeń;-)). A wynika to głównie z mojego pragnienia, żeby w ogóle COŚ z tymi emocjami zrobić!

Frustracje i złość Ptysia uświadomiły mi dobitnie jaki mam problem z akceptacją moich własnych, trudnych emocji. Wielokrotnie obwiniałam się za ich przeżywanie, próbowałam się z nimi natychmiast “uporać” i jak najszybciej się ich pozbyć. Podobnie jest kiedy towarzyszę Ptysiowi w jej złości czy frustracjach. Uruchamia mi się wtedy mechanizm pt. “o nie, muszę jej jakoś pomóc, żeby przestała się tak koszmarnie czuć!”. I myślę, że nie jestem w tym sama.

🌿“Nie płacz, nic się nie stało.”

🌿“Nie ma się o co złościć.”

🌿“Już ok, nic nie boli.”

🌿“Wszystko jest dobrze, dlaczego płaczesz?”

🌿“Co z ciebie za facet, patrz jak dziewczynka na ciebie patrzy!”

🌿“Jak nie przestaniesz, to przyjdzie pan i cię zabierze!” (brrr…)

No cóż, jestem przekonana, że wszystkie te słowa wypływają z dobrych “pobudek”… Chcemy, żeby nasze dzieci były szczęśliwe, chcemy dbać o ich dobre samopoczucie. Próbujemy zaradzić ich frustracjom – tymi narzędziami, które są nam znane. Nie zawsze jednak osiągamy skutek, o którym marzymy. Bo czy na pewno zależy nam na tym, żeby dziecko nabrało przekonania:

🌿że “nic się nie stało”, niezależnie od tego, co właśnie przeżywa?

🌿że ktoś z zewnątrz jest w stanie ocenić lepiej czy coś je boli czy nie?

🌿że należy tłumić płacz czy złość, żeby być “grzeczną dziewczynką” albo “dzielnym chłopcem”?

🌿że płacz czy złość to coś, czego należy się wstydzić?

🌿że nie są akceptowane, jeśli przeżywają trudne emocje?

🌿że ich złość to problem albo kłopot?

🌿że spotka je kara albo inna straszna rzecz, jeśli będą przeżywać to, co przeżywają?

Wiem, że są to pytania retoryczne, ale myślę, że czasami warto je sobie zadać, żeby ujrzeć sytuację z nieco innej strony.

No dobrze, a jak “zrobić to inaczej”? Mam poczucie, że każdy z nas znajdzie odpowiedź w sobie samym. Relacja z dzieckiem to ogromny potencjał do przepracowania i poprawy relacji z samym sobą. Zatrzymajmy się, poczujmy co się właśnie dzieje, zastanówmy się po co to się dzieje, zaufajmy swojej intuicji i pomyślmy co nam pomoże wytrwać, być blisko dziecka i stanowić dla niego wsparcie.

To, co u nas pomaga, to to, że:

🌿staram się dać przestrzeń,

🌿być obok, ale nienachalnie (Ptyś nie lubi być dotykana, kiedy miotają nią trudne emocje),

🌿zadbać o bezpieczeństwo i pamiętać o tym, że kortyzol robi już swoje i żadne moje słowa nie docierają do kory przedczołowej dziecka,

🌿niewiele, albo zupełnie nic nie mówię (najczęściej tylko: “jestem przy Tobie”),

🌿obserwuję co sytuację nakręca i próbuję ograniczyć te bodźce (nie dotykam, nie zagaduję),

🌿pozwalam emocjom wybrzmieć,

🌿a kiedy opadną, mówię, że rozumiem i że kocham <3

A jak wy sobie radzicie z trudnymi emocjami – waszymi i waszego dziecka?

Posyłam wam dużo mocy <3 Wiem, że bywa niełatwo.

Dodaj komentarz