KIM JEST DZIECKO?

Niewiele jest rzeczy, które mnie irytują na potęgę, ale odkąd jestem mamą, ich repertuar nieco się rozrósł (i nie, nie mam na myśli braku cierpliwości do Ptysia). Dzisiaj opowiem wam o jednej z nich.– Ojej, jaka laleczka…
– Jak lala do ubierania!
– Taka zabaweczka z niej.Tego rodzaju słowa zdarza nam się z Ptysiem słyszeć nawet kilka razy w tygodniu. Za każdym razem nie mogę się oprzeć pokusie wejścia w dyskusję z ich nadawcą. Dlaczego to robię? Ponieważ Ptyś nie może jeszcze mówić w swoim imieniu, a ja, jej mama, takie sformułowania uważam za mocno nieadekwatne, żeby nie powiedzieć: niesprawiedliwe.”Lalka”, “zabawka” – to są nazwy przedmiotów, a nie żywych istnień. Co więcej, ich znaczenie jest dosyć płytkie i sugeruje bycie bezwolnym obiektem czyjegoś posiadania albo, co gorsze, zabawy. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to echo czasów, kiedy dziecko traktowane było jak własność rodziców, a o jego prawach nikt nie śmiał jeszcze nawet myśleć. Średniowiecze – stwierdzicie? Nic bardziej mylnego. Takie podejście było powszechne w naszym świecie jeszcze w ubiegłym stuleciu.

IMG_20180725_144821

Każdy z nas kojarzy na pewno Janusza Korczaka (tak, to ten pan, który napisał książkę o mocno niepełnoletnim królu, a jego imię nosi teraz co trzecia szkoła podstawowa w naszym kraju). Nie wszyscy jednak wiedzą o nim więcej. A warto, ponieważ jego filozofia i działalność miały spory wpływ na aktualne podejście do praw dziecka – nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Korczak urodził się w Warszawie, w spolonizowanej, żydowskiej rodzinie Goldszmidtów (naprawdę nazywał się Hersz Goldszmidt). Zasłynął jako lekarz, publicysta, działacz społeczny, pedagog i w końcu jako pisarz. Doświadczenie medyczne zdobywał w żydowskim Szpitalu dla Dzieci imienia Bersonów i Baumanów w Warszawie, w klinikach dziecięcych w Berlinie oraz jako lekarz wojskowy: w pociągu sanitarnym podczas wojny rosyjsko-japońskiej (1905), w szpitalu polowym na Ukrainie (1914) oraz w Wojsku Polskim w szpitalach w Łodzi, Ujazdowie i na Kamionku w Warszawie (1919-1920). W 1912 roku podjął funkcję dyrektora w żydowskim Domu Sierot. Wraz ze współpracownikami i podopiecznymi z tego ośrodka został w końcu zesłany do obozu zagłady w Treblince, gdzie zmarł w 1942 roku. Kilka miesięcy przed śmiercią prowadził pamiętnik, dokumentujący realia życia w getcie. Jego śmierć bywa opisywana bardzo symbolicznie – niektórzy twierdzą nawet, że sam heroicznie zdecydował, że podzieli los swoich wychowanków. Prawdopodobnie jednak, jako osoba o pochodzeniu żydowskim, miał niewielkie szanse na uniknięcie zagłady. Nie zmienia to faktu, że był człowiekiem ogromnie zaangażowanym w działalność na rzecz dzieci i poprawy ich sytuacji na świecie. Wyrazem tego była nie tylko jego działalność lekarska czy pedagogiczna, ale również twórczość literacka. Pomijając “Króla Maciusia Pierwszego”, którego wszyscy dobrze znamy, pisał książki o dzieciach, ale dla dorosłych.  W eseju pt. “Jak kochać dziecko” przedstawia swoje filozoficzno-pedagogiczne spojrzenie na rodzicielstwo, relację rodzica z dzieckiem oraz miejsce najmłodszych w społeczeństwie.

Chcę nauczyć rozumieć i kochać, cudowne, pełne życia i olśniewających niespodzianek — twórcze „nie wiem“, współczesnej wiedzy odnośnie do dziecka. Chcę, by zrozumiano, że żadna książka, żaden lekarz, nie zastąpią własnej czujnej myśli, własnego uważnego spostrzegania (Janusz Korczak, “Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie”).

Korczak przywiązywał ogromną wagę do słów – uważał, że wpływają one na świat i mają zdolność zmieniania go. Być może był to jeden z powodów powołania do życia “Małego Przeglądu” (cotygodniowego dodatku do “Naszego Przeglądu”) – pisma tworzonego  przez i dla dzieci. Założeniem tego projektu był rozwój dziecięcej samoświadomości oraz stworzenie miejsca, w którym mali twórcy mogliby pisać o ważnych, trudnych i bliskich ich sercom sprawach. Przez 13 lat powstało ponad 670 wydań tego dodatku. Można je obecnie przejrzeć w wersji cyfrowej na stronie biblioteki Polona (klik!), do czego gorąco was zachęcam.

IMG_20180725_093154

Kiedy byłem mały, mówili, że jestem beksa i złośnik. Jak mi się w szkole nie powiodło, mówili, żem leniuch. Bo ja wiem. Podobno człowiek jest gapą, jak nie ma pieniędzy. Jeżeli tak, to jestem gapą. Złośnikiem naprawdę jestem. Jak mi się coś nie uda, strasznie się złoszczę. – Gdyby mi się ten dodatek dla dzieci nie udał, byłbym okropnie zły. – A leniuchem jestem, jak czegoś robić nie lubię. Nie lubiłem uczyć się wierszy, grać na fortepianie. I wiele miałem zmartwień z tego powodu. A potem zostałem doktorem. Siedem lat mieszkałem w szpitalu, leczyłem chore dzieci. I właśnie w szpitalu zauważyłem, że dzieci są mądre i dobre. (Janusz Korczak, fragment listu do przyszłych czytelników, pierwsza strona “Małego Przeglądu”).

Chociaż pierwsza Deklaracja Praw Dziecka została przedstawiona na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w 1959 roku (dokładnie: tak późno!), nie miała ona charakteru wiążącego ze względu na brak mechanizmów kontroli. Dopiero 20.11.1989 roku (nie wiem jak wy, ale ja miałam wtedy 3 lata) powstała Konwencja o prawach dziecka – dokument prawny, do którego przestrzegania zobowiązane były państwa członkowskie ONZ, nadzorowane przez specjalnie do tego stworzony organ: Komitet Praw Dziecka. Być może niektórzy z was będą zaskoczeni faktem, że Polska miała znaczny wpływ na powstanie tej Konwencji. To zespół prawników z Instytutu Nauk Prawnych PAN przedstawił Komisji Praw Człowieka ONZ pierwszy projekt tego dokumentu (który był później modyfikowany). Inspirację stanowiło dla nich właśnie korczakowskie podejście do osoby dziecka.

Korczakowskie, czyli jakie? Przede wszystkim oparte na stanowisku, że dziecko jest człowiekiem – od samego początku i w pełni tego słowa znaczeniu. A to oznacza, że ma niezbywalne prawo do wolności, szacunku, swojego osobistego świata i swoich przeżyć, trudności, błędów, porażek i sukcesów. Co więcej, ma prawo być uznawane za uczestnika życia społecznego – jego aktywnego i kreatywnego współtwórcę. Aby tak się stało, my – dorośli – powinniśmy traktować dzieci nie tylko z troską i  szacunkiem, ale też po prostu z należną ich sprawom powagą.

“Lalka”, “zabawka” – może uznacie, że się czepiam i że to w końcu tylko słowa, a ludzie, którzy je wypowiadają, na pewno nie myślą w ten sposób. Zapewne tak jest, a tego rodzaju wypowiedzi padają po prostu zupełnie bezrefleksyjnie, bez złych intencji w tle. Nie zmienia to faktu, że za każdym słowem kryje się znaczenie – znaczenia z kolei kreują nasz sposób myślenia i rzeczywistość, w której żyjemy. A to już jest ogromna odpowiedzialność.

IMG_20180725_093027

Kim jest dla mnie Ptyś? Oczywiście jest moim dzieckiem, a ja jestem jej mamą. Ale to nie wszystko. Ptyś to wspaniały, nowy człowiek w moim życiu. Wiem, że jako rodzice mamy spory wpływ na to, jaka będzie w przyszłości. Staram się jednak pamiętać o tym, że nie jest to wpływ absolutny. Dlatego, że od samego początku, na swój niemowlęcy sposób, Ptyś jest po prostu oddzielną od nas osobą. Ma swój własny, niepowtarzalny charakter, który mogliśmy odczuć po raz pierwszy już w czasie ciąży. Była bardzo energiczna (tak jak teraz) i lubiła to wyrażać, kopiąc mnie z całej siły prosto w żebra. Kiedy budzi się rano, zwykle przewraca się na brzuch i turla po łóżku, a potem uśmiecha się, kiedy na nas patrzy. Jest odważna i zdeterminowana, a kiedy tego potrzebuje – stonowana i ostrożna. Często marszczy czoło, gdy się śmieje. Nie lubi, kiedy ktoś potrząsa jej rączkami. Uwielbia za to śmiać się do swojego odbicia w lustrze. Zdarza jej się tak głośno wyrażać entuzjazm, że jej piski doskonale odnalazłyby się w tłumie fanek Justina Timberlake’a. Każdego dnia poznajemy ją coraz lepiej i sprawia nam to ogromną frajdę!

Być może zastanawiacie się jeszcze nad jednym: czy wchodzenie w dyskusję z osobami, które nazywają Ptysia “laleczką” ma jakiekolwiek konstruktywne skutki? Zdarza się, że tak. Nigdy nie zapomnę starszej pani, która po mojej uwadze zreflektowała się, mówiąc: “No tak… właściwie ma pani rację. Będę teraz o tym myśleć w ten sposób”. Oczywiście bywa również, że ludzie reagują niezrozumieniem i upierają się przy swoim.  Kiedy pewnego razu usłyszałyśmy: “no zobacz, mała – mama cię już HODUJE na dorosłego człowieka!”, miałam wrażenie, że wpadłam z deszczu pod rynnę… Myślę sobie jednak, że może takie rozmowy są jak z pozoru nieznaczące nasionko, które w końcu przypomni o sobie i zakiełkuje w postaci głębszej refleksji w przyszłości? A jeśli istnieje na to choć szansa, to warto je podejmować.

P.S. Mimo całej powagi, z jaką podchodzę do tej kwestii, muszę przyznać, że jedna z tego typu rozmów totalnie mnie rozbawiła.

SP (Starsza Pani): – ooo… Jaka LALKA!
Ja: – Proszę pani, to jest dziecko, człowiek, a nie lalka. Nie lubię, kiedy ktoś używa tego określenia, ponieważ jest bardzo przedmiotowe.
SP: – No tak, faktycznie… Przepraszam.
Ja: – Dziękuję bardzo.
SP: – Z pani też jest niezła LALA!

Dodaj komentarz