MEDY-TYSIA

Większość z nas ma chyba podobne skojarzenia, kiedy myśli o medytacji: Indie, klasztor buddyjski, pozycja kwiatu lotosu… Ten temat, choć coraz bardziej rozpowszechniony na Zachodzie, wydaje się jeszcze dosyć “dalekowschodni”. Tymczasem może okazać się nam bliższy niż podejrzewaliśmy – niezależnie od tego, w co wierzymy czy w jakiej kulturze się wychowaliśmy.

Osobiście po raz pierwszy zetknęłam się z medytacją na studiach, ale była to czysta (i, jak mi się zdawało, dosyć skomplikowana) teoria. Dopiero kilka lat później wybrałam się na spotkanie grupy medytacyjnej w Warszawie, gdzie zobaczyłam jak to może wyglądać w praktyce. Pokrywało się to mniej więcej z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami. Na początku śpiewanie mantr, potem siedzenie w milczeniu, w tradycyjnej pozycji medytacyjnej. Całość trwała 6 godzin (czasami lubię się rzucać na głęboką wodę!), z przerwą na uważny posiłek. I było to dosyć trudne doświadczenie. Przede wszystkim uświadomiłam sobie jakie tabuny chaotycznych myśli przepływają przez moją głowę. Poczułam również, jak bardzo na co dzień jestem nieświadoma otaczającej mnie rzeczywistości oraz sygnałów, wysyłanych przez moje własne ciało. Miałam wrażenie, że przebywam myślami wszędzie, tylko nie “tu i teraz”.

IMG_20180218_101522

Do dalszej refleksji nad uważnym doświadczaniem świata skłoniła mnie mocno lektura książek Thich Nhat Hanha – mnicha z Wietnamu, którego imienia i nazwiska do tej pory nie potrafię poprawnie wypowiedzieć. Przedstawia on buddyzm i medytację z zupełnie innej perspektywy – takiej bardziej “codziennej” i namacalnej, a przy tym okraszonej sporą dawką optymizmu i poczucia humoru. Każdą z jego książek możnaby cytować godzinami – perfekcyjnie trafiają w sedno. Jednocześnie są napisane tak przystępnym językiem, że ich lektura to czysta przyjemność. Thich Nhat Hanh sięga do najbardziej fundamentalnych i uniwersalnych wartości (obecność, współodczuwanie/empatia, miłość, szacunek do natury) – wartości, za którymi można się solidnie stęsknić w naszym rozpędzonym i nabuzowanym milionem bodźców świecie. Udowadnia również, że nie musimy golić głowy, przechodzić na buddyzm i emigrować do klasztoru w Tybecie, aby żyć bardziej świadomie. Każda czynność, którą wykonujemy w ciągu dnia, jest znakomitą okazją do zatrzymania się i uważności. Rozumiana w ten sposób medytacja może być absolutnie wszystkim: piciem herbaty, obieraniem mandarynki, a nawet odpisywaniem na maile w odmętach korporacji. Ja np., dzięki lekturze “Cudu uważności”,  z przyjemnością zmywam naczynia (niestety prasowanie wciąż jeszcze jest dla mnie udręką…).

Zwykło się uważać za cud chodzenie po powierzchni wody czy unoszenie się w powietrzu, ale myślę, że prawdziwym cudem jest chodzenie po ziemi. Każdego dnia uczestniczymy w cudzie, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy: niebieskie niebo, białe chmury, zielone liście, ciekawskie oczy dziecka – nasze własne oczy. Wszy­stko jest cudem. (Thich Nhat Hanh, “Cud uważności”).

IMG_20180217_123904.jpg

Kiedy obserwuję Ptysia, ciężko mi oprzeć się wrażeniu, że dla niej ten medytacyjny sposób istnienia jest zupełnie naturalny. Wszystko, co  taki maluch robi (marudzi, śmieje się, macha rączkami, nasłuchuje szmerów z pokoju obok etc.), to kwintesencja bycia samego w sobie. To jest piękna umiejętność. A najpiękniejsze jest to, że posiadaliśmy ją wszyscy – bo w końcu każdy z nas był kiedyś takim niemowlakiem. Żyliśmy “tu i teraz” i byliśmy na 100% obecni. Kiedy rozpaczaliśmy, robiliśmy to całym sobą, pozwalając naszym emocjom swobodnie wypłynąć. Innym razem uśmiechaliśmy się do kogo popadnie, wywołując uśmiech na twarzy drugiej osoby (i osiągnęliśmy w tym mistrzostwo, mimo że natura nie obdarzyła nas jeszcze rzędem zębów w odcieniu hollywoodzkiej bieli). Wsłuchiwaliśmy się w szum pralki z powagą godną naukowców z NASA, odliczających sekundy przed startem kosmicznego wahadłowca. Patrząc komuś głęboko w oczy, nie odpływaliśmy myślami do najnowszych wiadomości na Facebooku. Nie przejmowaliśmy się obślinionym przez nas swetrem ciotki Helenki albo tym, że nasze skarpetki nie pasują do spodni. Byliśmy po prostu tacy, jacy mieliśmy być  w danej nam chwili – bez zbędnych filtrów, oceń i analiz.

Uważam, że dzięki umiejętności istnienia w tak wspaniały i prosty sposób, moja Ptyś (i każdy inny niemowlak) jest mądrzejsza od wszystkich wielkich głów tego świata!

Kiedy gonimy za czymś, kiedy bardzo staramy się coś zdobyć, cierpimy. Gdy nie ma niczego, za czym moglibyśmy gonić, również cierpimy. Jeśli poczujesz się kiedyś jak ta rzeka, jeśli będziesz się uganiał za chmurami, cierpiał, płakał i czuł się samotny, chwyć za rękę przyjaciela. Kiedy razem wejrzycie głęboko, dostrzeżesz, że to, czego szukasz, zawsze było w tobie. W rzeczywistości to po prostu ty. Jesteś tym, kim chcesz zostać. Po co dłużej szukać? Jesteś cudowną materializacją. Cały wszechświat przyczynił się do tego, byś mógł zaistnieć. (Thich Nhat Hanh, “Śmierci nie ma, lęku nie ma”).

IMG_20180216_142150

Kiedy podzieliłam się moimi przemyśleniami z Potworem, on się nieco zdziwił: “Kręcisz się jak w kołowrotku, uruchamiasz szóste biegi, są chwile, że nie pamiętasz jak się nazywasz, a mimo wszystko sugerujesz, że niemowlę uczy Cię medytacji?” Faktycznie, brzmi to jak szaleństwo. I nie ukrywam, że moje dni nie płyną w medytacyjnym tempie. Bywa, że jestem tak wykończona, że mam ochotę usiąść i gapić się w ścianę. Ale są w tym całym bałaganie takie momenty, przy których trudno się nie zatrzymać i nie wzruszyć. Albo nie zachwycić. Zamierzam łapać tych chwil jak najwięcej. A Ptysiowi pomóc w zachowaniu tej naturalnej uważności jak najdłużej.

P.S. W tekście podjęłam zaledwie skrawek tematu medytacji, który jest mi bardzo bliski, a jednocześnie niesamowicie szeroki. Powrócę tu do niego wkrótce, nadgryzając go z nieco innej strony!

P.P.S. Jeśli chcecie poznać Thich Nhat Hanha bliżej, polecam wam stronę jego wspólnoty medytacyjnej we Francji: Plum Village (od dawna marzę o tym, żeby się tam wybrać!). Po polsku przeczytacie o nim na stronie grupy medytacyjnej z Warszawy: Uśmiech Buddy.

Dodaj komentarz